Dokarmianie maleństw...

...czyli o tym jak natura lubi działać. Z racji tego, że maluchów jest sporo, już jakiś czas dokarmiamy je. Na początku były tylko produkty mleczne, potem doszły jajka, oliwa z oliwek, trochę rozmoczonej karmy, witaminki. Po odrobaczeniu zaczęliśmy dawać więcej. Za każdym razem małe na karmienie przywołuję charakterystycznym cmokaniem/ciumkaniem, małe wtedy siadają na baczność i wypatrują michy. Potem to jest czysty sajgon. Widać które mają większy apatyt, które mniejszy. Jednak zawsze na początku jest atak na michę. Małym też zaczęliśmy serwować drobne kawałki surowego mięsa - te są już podawane tylko z ręki, co by ich co nieco manier nauczyć, bo póki co do człowieka lgną aż za bardzo, o czym ostatnio przekonał się Tymuś, który czasem przed watahą musi uciekać na kanapę, co by z tej radości go nie zalizały i co by nie patrzeć (maluchy jednak pazurki mają, nawet po obcięciu) podrapały. Bo maluchy gdyby mogły to by na głowę weszły co by tylko bliżej być, szczególnie kilka jak Zielona, Kremowy, Niebieski, Amarantowy, choć są i cichsze osobniki ;)
Ale wracając do rzeczy... Małe dokarmiane i dopajane były pod nieobecność Ishtarki (kiedy to była na spacerku, bądź wyjątkowo w tym okresie latała po podwórku), co by jej nie rozleniwić w matczynych obowiązkach, to samo z codziennym sprzątaniem u malców. Ishtarka mimo krwawiących sutków (ach te piranie) małe nawet chętnie karmi, szczególnie po owych chwilach dla siebie. Jednak ostatnio nas naprawdę zaskoczyła, bowiem mieliśmy jeszcze kawałek mięska od teściów (jak dobrze mieć teściów z gospodarstwem, te domowe jajka, mięsko bez hormonów, warzywa bez chemii), więc daliśmy go mamce karmiącej, a ta.. Obwąchała, oceniła, stwierdziła, że porządne, dobre mięcho, chwyciła je w pysk i.. Zaniosła do małych do nory ( które siedziały tam co by nie przeszkadzać w konsumpcji). Małe jak się rzuciły, jakie było przeciąganie, tarmoszenie, to był jednak za spory dla nich kawałek, jednak zabawę miały przednia, dziąsła sobie wymasowały, a my mieliśmy National Gografik na żywo!
Najzabawniejsze było jednak to, gdy w pewnym momencie zrobiło się.. cicho, zlecieliśmy się na te pędy przy malcach i patrzymy.. Mięsa nie ma! Zjadły już? Nieee, niemożliwe, za szybko, coś tam skubały, ale żeby cały kawałek? Nagle.. Patrzymy a w najciemniejszym kącie siedzi najmniejsza B'oska, z mięchem w pysku i udaje, że nic nie ma, jest grzeczniutka i cichutka. Zaczęliśmy się śmiać wniebogłosy, małe załapały, że coś jest nie tak i zauważyły ją. Bitwy zaczęły się od początku, miałam już zabrać mięcho, co by w małych nie wzbudzać chęci walki o żarcie (przy misce, nie ma żadnych warków, zresztą sama też często im tam mieszam, bądź coś dokładam), gdy patrze Ish, chyba stwierdziła, że starczy nauki życia i mięso jednym kęsem połknęła.

Dziś zaś zaskoczyła nas znów, bowiem po raz pierwszy... zwróciła całe jedzonko, które dostała! Małe od razu wiedziały co robić i w chwilę potem po 'gorącym daniu' nie został ślad. Małe piranie! Ish za to dostała kolejną pełną miarkę dziennego jedzonka i małe dodatki, oczywiście micha sprzątnięta (póki co jedzonko jest w brzuszku). Tak więc, małe prócz naszego dokarmiania, mleczka, wody do picia, mają jeszcze 'dania gorące' serwowane prosto z ... żołądka. ;D

Natura jest niesamowita.