Jazda autem i wizyta u weterynarza.

Nadszedł dzień szczepień, małe były dwa razy odrobaczone i przyszedł czas na większy kaliber ochronny. Koło południa udało mi się zamontować specjalny, materiałowy kojec. Nie chciałam by małe jechał w kennel klatce, chciałam mieć je bliżej, by w każdej chwili móc je uspokoić, kiedy będą się bardziej denerwować i by szybciej jak coś posprzątać 'niespodzianki'.
Jednak małe niesamowicie mnie zaszokowały, w aucie dość szybko się odnalazły, te które mniej po prostu się ułożyły do snu. Z chęcią wyglądały przez okno (zamknięte póki co ;) ) wyglądały miedzy siedzeniami, noskami stukały kierowcę, z chęcią miały wszystko pod kontrolą ;). Po zaznajomieniu się z nowym, część poszła spać, a druga część wyglądała, ja ciągle niuchałam i zerkałam by wypatrzeć jakąś niespodziankę, a tu dalej nic.
W końcu ( są u nas teraz straszne korki przez remont drogi i trzeba jechać okrężnie, bardziej wyboistymi i krętymi drogami) dotarliśmy na miejsce, a tu... niemiła niespodzianka, nasz weterynarz musiał pojechać do nagłego przypadku i musieliśmy czekać. Więc czekaliśmy, godzinę, małe bałam się tam wypuścić na trawkę, bo jednak, chore psiaki też tu przychodzą, więc czekaliśmy dalej, w aucie i na rękach. Poznaliśmy miłą labradorkę i jej właściciela, przedstawiliśmy maluchy, które to niewiele obeszło i... SPAŁY dalej! Wyluzowane na całego, jak zawsze ze swoimi niesamowitymi pozami. Niestety, nie wpadłam na pomysł by zabrać aparat :(. W końcu przyjechał nasz pan doktor. Maluchy obejrzał, bardzo mu się spodobały, żeby maluchów nie stresować ( i jednak by uważać), nie braliśmy ich do przychodni. Małe szczepienie zniosły wzorcowo, co najwyżej, krótki pisk i już. Ba były i takie co nic nie dały poznać po sobie, że coś je ukuło i im wstrzyknięto! Kremowy zaś zaraz znów się rwał na ręce, więc traumy nie było ;) W drodze powrotnej małe też pięknie spały ( nawet ich zakręty nie ruszały!!) i do samego domu nie było żadnej niespodzianki!! Jej, mam nadzieję, że w środę maluchy będą równie grzeczne, bo pierw ich czeka droga do weterynarza na chipowanie (nie chcieliśmy wszystkiego robić na raz) i potem dłuuuga prawie 80km do Łodzi, przez korki, roboty drogowe i dalsze .. chlip.. chlip.

Hmm.. ciekawa jestem czy maluchom się to zmieni, czy to też po prostu kwestia auta pachnąca nami i burymi, oraz wsparcie rodzeństwa, czy po prostu to są wyjątkowe wilczaki, jak Kala, co jazda autem nie robi na nich wrażenia, ale aż się nie che wierzyć! Oczywiście nie mogę obiecać, że tak im zostanie, ale .. oby, oby ;) W końcu małe mają w planach duużo podróży ;D