Treningi

Ostatnio z Gisem znów troszkę wróciliśmy do roweru. Ten to ma największą do niego awersję, po przejechanym ogonie ;) Dziś postanowiłam postawić na hardcorową trasę... Czyli nie standardowo przy rzecze, przez lasy, sporo na luzie, tylko przez wsie i pola, przy ruchliwe drodze.
Na początku okazało się, że Gis ze smyczą w ręku zachowuje się jak pociągowiec i daje do przodu, tak, że ja nie musiałam wcale pedałować, jednak wtedy trudniej i o hamowanie, tym bardziej, że dziś wzięłam zwykłą smycz, a nie linkę z amortyzatorem i ogólnie sporo dłuższą (następnym razem). Zatem wersja pod siodełkowa i strzał w dziesiątkę! Gis pięknie biegł, a ja miałam full kontrolę, jednak co pies to obyczaj, bo na ten przykład Ish jest najlepiej biegać na smyczy po lewej stronie, Gisowi przypiętemu pod siodełkiem po prawej.
Przy drodze poszło nam ok, tylko podmuch przejeżdżającego TIR-a trochę nasz onieśmielał, ale tylko na chwilę ;) Jazda pod wiatr, nieee miła, za to w bok, już całkiem nie groźna. Najlepiej jedzie się przez pola w słoneczku..ach. Spotkaliśmy krówkę... luzem.. nie wiem kto miał większego cykora, że się nas przestraszy i weźmie na rogi , ja czy Gis, ale przejechaliśmy obok niej obok i.. żyjemy! Napotkany pan rolnik, Gisa docenił i od razu zaczął wypytywać 'co to za rasowy pies', jednak musieliśmy się spieszyć, więc tylko podaliśmy nazwę rasy i pędziliśmy dalej.

Nadeszło najgorsze, przejazd przez najbardziej 'zaburkowaną' ulicę (czytaj, mega krzyczący, szczekający, jazgoczący itd. w każdej bramie i.. nie tylko). Pierwszy wyskoczył mały czarny kundelek o baardzo bojowym sercu, choć nie wiem czy york nie byłby od niego większy... Gis postawił ogon, kryzę, zaczęło się burczenie, ja jednak tylko przyspieszyłam, fuknęłam i jechałam dalej. Małe zło, nie dawało za wygraną, jednak w końcu się zmęczyło ( chwała za jego krótkie nóżki) i udało się, a Gis bez kagańca i w ogóle! POTEM zaczęło się szczekanie.. masakra, jak ja kocham swój jednak cichy las! Gis nastroszony, jednak nie wypadał z rytmu i ładnie biegł.. ach, żeby taki pięknie wyprężony i napięty biegł mi w ringu... Świat byłby nasz ;) Najgorsze jednak miało nadejść.. Wjeżdżając na sporą, stromą, asfaltową górkę, nie spodziewałam się, że na jej szczycie napotkam kopię cannan doga, którego widzieliśmy ostatnio w Kielcach na wystawie. Pies wielki, większy chyba od Gisa, stanął.. i patrzy na nas, zaczyna burczenie, na co ja 'FUJ' przed psem, przyspieszenie i kiedy obok niego już prawie przejeżdżaliśmy mocne 'FEEE' i .. modlenie się w duchu by do nas nie wyskoczył, na szczęście na burczeniu i nastroszeniu kit się skończyło, widać, bury, jak na dużego przystało, stwierdził, że skoro na podwórko nie włazi, sam nie startuje, a przewodniczka 'nie zwraca' na niego uwagi, to może odpuścić.. choć widziałam, że jeszcze kawałek za nami biegł. Ostatniego luzem burka spotkaliśmy pod koniec, przy sklepie, właściciele, oczywiście kiedy tamten leciał za Gisem tak, że prawie mu w między nogi wlazł, zaczęli go wołać (wrrr), Gis na szczęście i tym razem odpuścił. Na koniec znów chwila przy samej trasie, potem już minimalnie dalej i doooom. Gis oczywiście przybiegłszy do domu : pełen nowych sił, jeść nie, ewentualnie na kanapę i owszem.

Przyznam, że to był mały test, na Gisa powściągliwość i opanowanie, bo hormony mu buzują i w końcu lubi pokazać, że to ON jest PANEM PSEM w okolicy - obojętnie gdzie się zjawi- tak, tak i on lubi pokazać siebie i stawiać na piedestale. To trochę mnie ostatnio hamowało, kiedy myślałam o SVP, bo w końcu coraz więcej widzi się psów biegnących w kagańcach :( a jak taki wyskoczy to Gis może już nie odpuścić. Jednak postanowione,że jeśli znów transport nie nawali, na wiosnę startujemy! Jestem z Gisa bardzo dumna! Jednak chyba trochę tego rozumku tam w główce ma ;)